Polish
English
KALENDARZ
zwiń hide calendar
pokaż cały miesiąc
KASA BILETOWA

telefon:

+48 (12) 619 87 33
+48 (12) 619 87 21 wew. 33

czynna


wt. - pt. w godz. 10-14, 15-19

 REZERWACJA

tel/fax:

tel. +48 (12) 619 87 22

e-mail:


Dyrygowanie to odpowiedzialność - wywiad ze Sławkiem Wróblewskim

Średni Obrazek (343x219)
powiększ

Barbara Kalicińska: Czym dla dyrygenta jest partytura?

Sławek Adam Wróblewski:
Przede wszystkim narzędziem pracy. Ja jestem wzrokowcem, więc zapisuję sobie w partyturze swoje obserwacje i przemyślenia podczas prób z orkiestrą, a także pomiędzy nimi. Przy kolejnych wykonaniach wykorzystuję dawne spostrzeżenia, jednak zauważam też nowe rzeczy. Za każdym razem jest to dla mnie nowe spotkanie z utworem. Lubię też patrzeć na dzieło z perspektywy kompozytora, który dopiero rozpoczyna nad nim pracę. Dokonuję totalnego rozbioru na elementy podstawowe i od szczegółu dochodzę do ogółu. Najwspanialsza partytura jest bowiem tylko próbą zapisania intencji, wiele trzeba zrozumieć, domyślić się, wyczuć. Ogromnym źródłem inspiracji mogą być też np. oryginalne rękopisy, z których możemy wyczytać charakter kompozytora, jego sposób pracy. Temu, w jaki sposób podchodzę do partytury poświęcona jest zresztą moja rozprawa habilitacyjna, zatytułowana Praca dyrygenta nad partyturą. Swój system opracowałem, odnosząc się do tego, w jaki sposób pracowali wielcy mistrzowie batuty. Np. znany ze swej żywiołowości Jerzy Maksymiuk zawsze ma kilka egzemplarzy jednego utworu. A to dlatego, że pierwszy jest tak bardzo pokolorowany, pokreślony, że, jak mówi, sam już nie wie, co tam jest pod spodem napisane, i żeby zadyrygować musi wziąć czysty. Z kilku egzemplarzy korzystał też, lecz z innych powodów niż Maksymiuk, Jerzy Semkow, w mojej opinii najwspanialszy polski dyrygent. Każda z partytur mistrza była przeznaczona do innych celów: z jednej dyrygował, w drugiej zaznaczał smyczkowanie, trzecia była dla bibliotekarza do sporządzenia głosów orkiestrowych, czwarta dla asystenta (którym miałem szczęście być), a w piątej, tajemnej, którą raz udało mi się zobaczyć, notował wszystkie możliwe zagrożenia, które mogą się wydarzyć podczas pracy z orkiestrą. We wszystkich materiałach jego notatki były bardzo ascetyczne.

BK: Co najważniejszego stara się Pan przekazać młodym adeptom dyrygentury?

SW: Sztuka dyrygencka to suma różnych doświadczeń. Bardzo pilnuję u moich studentów, żeby byli przede wszystkim muzykami. Sam szczycę się tym, że najpierw ukończyłem studia pianistyczne i miałem okazję grać np. koncerty fortepianowe Beethovena, co wykorzystuję dzisiaj mierząc się z jego symfoniami. Uczę też moich studentów pokory wobec orkiestry, która jest wielkim zbiorem indywidualności – wspaniałych i świetnie wykształconych muzyków. Rzecz w tym, żeby nie przeszkodzić im w pracy, a stworzyć przestrzeń, w której każdy wykorzysta maksimum swoich możliwości. Przede wszystkim jednak uczę odpowiedzialności. Mimo że dyrygent nie tworzy bezpośrednio żadnych dźwięków, to właśnie on bierze odpowiedzialność za ostateczne brzmienie. Choć półżartem można powiedzieć, że pomyłek dyrygenta nie słychać.

Ciekawe jest jednak również to, że i ja wiele uczę się od swoich studentów. Młodzi ludzie nie boją się zadawać z pozoru dziwnych pytań, które okazują się bardzo ciekawe i drążące. Ja im na to pozwalam, staram się im pomagać w znalezieniu własnych odpowiedzi. To jest fascynujące!

BK: Wobec tego pozwolę sobie zadać jedno z takich pytań. Na czym, Pana zdaniem, polega fenomen V Symfonii Beethovena? Co powoduje jej szaloną wręcz popularność i w czym przejawia się jej genialność?

SW: Rzeczywiście jest to najczęściej grywany utwór symfoniczny i prawdopodobnie pierwsze dzieło orkiestrowe, które zostało nagrane na płyty. Myślę, że w dzisiejszych czasach Beethoven byłby multimiliarderem, gdyby od każdego wykonania dostawał przysłowiowego jednego centa. Tak naprawdę ten słynny „motyw losu” to 3 krótkie nuty i jedna długa. Nic ponadto. Jednak w oparciu o te 4 nuty Beethoven stworzył gigantyczną konstrukcję, fantastycznie przeprowadzając główny motyw przez wszystkie części. Słuchacz nawet nie musi zauważyć jak to jest kunsztownie skomponowane – to jest sprawa wtórna, bo suma dźwięków, które do nas dochodzą jest doskonała. Myślę, że fenomen tego dzieła tkwi w jego energii, którą wszyscy podświadomie czujemy. Niezwykłe jest, w jak porażający sposób symfonia ta przekazuje dramat człowieka okrutnie doświadczonego przez los (w czasie jej pisania Beethoven tracił słuch), a równocześnie staje się, w triumfalnym, pompatycznym finale, apoteozą wyzwolenia, hymnem radości.


Rozmawiała: Barbara Kalicińska

Tworzenie stron - Fabryka Stron Internetowych Sp. z o.o. CMS - FSite

© Filharmonia Krakowska 2010

Ta strona wykorzystuje pliki cookies (niewielkie pliki tekstowe przechowywane przez przeglądarkę internetową na urządzeniu użytkownika) m.in. do analizy statystycznej ruchu, dopasowania wyglądu i treści strony do indywidualnych potrzeb użytkownika). Pozostawiając w ustawieniach przeglądarki włączoną obsługę plików cookies wyrażasz zgodę na ich użycie. Jeśli nie zgadzasz się na wykorzystanie plików cookies zmień ustawienia swojej przeglądarki.Akceptuję